Juz po północy dostajemy wiadomość od ekipy z Włocławka, że są juz na miejcu w Londynie na Frylands Wood Scout Campsite. Podejmujemy jasną decyzję - my też jedziemy prosto na Londyn, nie zatrzymujemy się w Chatham. "Damy radę" - powtarzamy. Jednak dzień zaczyna się błądzeniem. Cóż - brak mapy. Zjeżdżamy z pamiętnej góry z dół do Dover.
Tam od taksówkarza otrzymujemy mapę i... musimy wracać te 8km pod górę. Błądzenie zabrało nam niemal 3 godziny. Udałoby się nam dojechać do Londynu, gdyby nie ciągłe przeszkody: brak płaskiego terenu (w ogóle!) - ciągle góra-dół-góra-dół; pęknięte dwie dętki; brak sił; bolące kolana... Gdy po 21:30 zaczęło się robić ciemno, byliśmy jeszcze 40km od celu. Wtedy łydki Marioli odmówiły posłuszeństwa.

Dodatkowo było bardzo niebezpiecznie - na ruchliwych szosach nie było w ogóle latarni. Po północy cel wcale nie chciał się przybliżyć. Zadzwoniliśmy do Andrzeja i Moniki, tym samym ich budząc. Mariola nie miała już siły - ból był przejmujący. Czekaliśmy godzinę w pustym miasteczku. Znaleźli nas i wtedy dobroduszna Monika niemal siłą zapakowała nas do busa i nie pozwoliła jechać dalej. "Wiecie jakie tam sa podjazdy?" -powtarzała. Chłopcy zostali. Andrzej zabrał ich po upływie pół godziny.
Padnięci, niemal bez tchu wcisnęliśmy się do śpiworów.
Przejchane: 120km
1 komentarz:
szkoda, że nie udało wam się na własnych nogach przejechać całej trasy
:(
Prześlij komentarz