Poprzedniego dnia wieczorem dowiedzieliśmy się o darmowych wejściówkach na Jamboree2007. problemem był tylko dojazd - Chelmsford to miejscowość jeszcze za Londynem. Niestety - jako jedyna ekipa nie mieliśmy transportu. Bilety kosztowałyby nas w sumie ponad 200 funtów. Zdenerwowani na nasz wspaniałomyślny sztab, który nic nie zorganizował (zaczynając na noclegac, a na wejściówkach kończąc) i łaskawie przyleciał samolotem, mieliśmy ochotę zostać na bazie. Na szczęście wśród wszystkich Wyprawowiczów znalazła się ekipa z Gniezna i Tomi - przewodnik wycieczek. Załatwili nam autokar, który miał nas zabrać spod stacji East Croydon o 7 rano. (Ślemy pozdrowienia i ogromne podziękowania!!!).
Jednakże nie wszystko było tak piękne jak sobie wyobrażaliśmy. Stanęliśmy przed wyżej wymienioną stacją jeszcze przed 7. O7:15 zaczęliśmy się niepokoić. Karolina wykonała telefon do kierowcy autokaru, który niemal ns wyklnął i stwierdził, że on się ie będzie po nas wracał 10km, że mało go
obchodzi to, że przyjechalismy tu rowerami, żeby wejść na Jamboree. Zostaliśmy na lodzie. "Trudno - pojedziemy pozwiedzać Londyn" - padła propozycja. Nie było już sensu jechać. Aby wejść na Jambo za darmo musimy być tam o 9:00, gdy wyjdzie po nas ktoś z obecnych tam Polaków. Wyliczylismy, że w najlepszym wypadku w Chelmsford będziemy po 10. Po co mamy tam jechać tyle kilometrow i... pocałować klamkę? Jednak silne, wręcz rozpaczliwe namowy Marcela wymusiły zmianę decyzji. Postanowiliśmy pojechać na Jambo, ale (jeśli w ogóle uda nam się tam wejść) o 13 wyruszyć też w kierunku centrum Londynu.Ze względu na pechową przygodę po drodze do Chelmsford, na miejscu, a więc pod bramą Jambo byliśmy przed 12. Weszliśmy nielegalnie. Polscy harcerze kazali nam się ukrywać, ponieważ nie mieliśmy identyfikatorów, a ich brak oznaczał starcie z ochroną. Cóż - strach przed atakami terrorystycznymi - nie ma się co dziwić.
Na Jamboree mieliśmy okazję poznania scautingu w innych krajach. Każdy z nich miał swój własny namiot, do którego można było wejść i obejrzeć zdjęcia, poczytać, przebrać się w stroje ludowe. 2 sierpnia był to przede wszystkim "Dzień polski" na Jamboree. To wokół nas - Polaków skupiała się największa uwaga. My niestety musieliśmy się ukrywać za namiotem z racji nielegalnego pobytu, więc nie dane nam było uczestniczyć w tym bezpośrednio.
Ostatecznie po godzinie 14 opuściliśmy teren Jambo i wyrusziliśmy na podbój Londynu. Zobaczyliśmy Tower of London, Big Ben i London Eye. Kupiliśmy pamiątki i pocztówki, zrobiliśmy mnóstwo zdjęć. Szkoda, że w końcu trzeba było wracać. Za to w nocnym autobusie do New Addington mieliśmy przygodę w nastoletnimi zbuntowanymi Angielkami. To bardzo zabawne - mówić po polsku i mieć pewność, że one i tak nas nie rozumieją :D Ostatecznie dziewczyny przestraszne tym, że nie wiedzą, co do nich mówimy, próbowały nas opluć podczas wysiadania z autobusu orazobrazić pokazaniem środkowego palca. Przygoda zakończyła się śmiechem i podsumowującym okrzykiem Kuby: "Polacy do boju!"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz