niedziela, 22 lipca 2007

19-07-2007


Czwartek pozwolił nam w końcu na zregenerowanie sił po górach Harz. 40 km do Bielefeldu było niczym w porównaniu z dystansami pokonywanymi w ciągu poprzednich dni.
Trafiliśmy na wyjątkowo ciekawy zoo-camping. Wśród namiotów i przyczep campingowych można było napotkać klatki z małpami, kangurami, dzikimi kaczkami i innymi zwierzakami.

18-07-2007

Dzień ten pozytywnie nas zaskoczył. Pomimo ostrzeżeń o ciężkich podjazdach i wysokich górach, trasa okazała się znacznie lżejsza. Dziewczyny wciąż zachwycały się jedynym przystojnym spotkanym dotąd Niemcem.Chłopcy zostali też zaatakowani przez sarnę, która wskoczyła im pod koła rozpędzonych rowerów.
Na bazę udało nam się dojechać wyjątków wcześnie, więc mieliśmy w końcu trochę więcej czasu dla siebie.
Nocleg w Detmold, gdzie spotykamy Polaków, a głośników słychać wciąż polskie przeboje. Przejechane: 85 km.

17-07-2007

Niewyspani, zmęczeni, z obolałymi nogami musieliśmy wyruszyć do Holzminden. Kolejne góry, źle oznaczona trasa... To wszystko złożyło się znów na późny powrót - tym razem około 2 w nocy. Błędne koło zaczęło się zamykać. Byliśmy coraz bardziej zmęczeni, wyczerpani, zasypialiśmy niemal na rowerach, a liczniki wskazały ostatecznie 140 km.

16-07-2007



Dzień rozpoczął się 10. minutowym zjazdem z wyżej wymienionej góry, z prędkością dochodzącą chwilami nawet do 70 km/h. Tym razem jechaliśmy trasą R1 przez las. Kolejny raz również poznajemy niemiecką gościnność. Gdy robimy sobie postój pod bramą prywatnego domu, właściciel wychodzi i uzupełnia nam bidony zimną wodą.
Pomimo to jest to dzień kryzysu. Pojawiają się pierwsze łzy - strachu, bólu, bezradności. Pierwsze rzucenie roweru po przejechaniu 2 km pod górę w 40 st. upale. Zaskoczył nas też pewien incydent. Po półgodzinnym podjeździe prawie pod szczytem góry ujrzeliśmy... tory kolejowe. zwykła pomyłka zmusiła nas do powrotu na szlak. Po przebyciu 100 km na bazę w Goslar dotarliśmy po 23:00.

15-07-2007

Był to jeden z cięższych dni pomimo krótkiego dystansu (57 km). Upał jeszcze bardziej dał nam się we znaki nie tylko z powodu i tak już palącej skóry, ale także braku drzew. Dodatkowym problemem były góry "Harz", na których teren wjechaliśmy. Ciągłe podjazdy dały nam w kość tak bardzo, że gdy zobaczyliśmy znak: "Camping" Gernrode - 6 km pod górę, dziewczyny rozpoczęły bunt. Usiadły na krawężniku i kazały dzwonić po "helikopter". Z powodu braku kontaku radiowego, Waleczni panowie wyruszyli więc po pomoc. Przygoda ta zakończyła się jednak tylko podjazdem naszym samochodem technicznym.
po podjazdach w górach Harz... Co będzie dalej? Lepiej nie myśleć...

14-07-2007

Nadal nie udało nam się przerwać tak zwanego "zaklętego kręgu", to jest wstajemy ostatni, jemy ostatni, wyruszamy w drogę ostatni,
przede wszystkim wracamy ostatni i kładziemy się spać ostatni. Był to bardzo upalny dzień.
Czuliśmy się jak na patelni, liczniki rowerowe wariowały, kremy do opalania spływały wraz z potem. Wyglądaliśmy jak kurczaki z rożna, które piekły się tylko z jednej strony w rowerowych ubrankach i rękawiczkach. Na szczęście ukojeniem naszych trudów było zimne jezioro na kempingu w Egeln. Wieczorem świętowaliśmy 18. urodziny Asi przy sorbetowych koktajlach.
Przejechane: 70 km