poniedziałek, 30 lipca 2007

30-07-2007

Juz po północy dostajemy wiadomość od ekipy z Włocławka, że są juz na miejcu w Londynie na Frylands Wood Scout Campsite. Podejmujemy jasną decyzję - my też jedziemy prosto na Londyn, nie zatrzymujemy się w Chatham. "Damy radę" - powtarzamy. Jednak dzień zaczyna się błądzeniem. Cóż - brak mapy. Zjeżdżamy z pamiętnej góry z dół do Dover.
Tam od taksówkarza otrzymujemy mapę i... musimy wracać te 8km pod górę. Błądzenie zabrało nam niemal 3 godziny. Udałoby się nam dojechać do Londynu, gdyby nie ciągłe przeszkody: brak płaskiego terenu (w ogóle!) - ciągle góra-dół-góra-dół; pęknięte dwie dętki; brak sił; bolące kolana... Gdy po 21:30 zaczęło się robić ciemno, byliśmy jeszcze 40km od celu. Wtedy łydki Marioli odmówiły posłuszeństwa. Dodatkowo było bardzo niebezpiecznie - na ruchliwych szosach nie było w ogóle latarni. Po północy cel wcale nie chciał się przybliżyć. Zadzwoniliśmy do Andrzeja i Moniki, tym samym ich budząc. Mariola nie miała już siły - ból był przejmujący. Czekaliśmy godzinę w pustym miasteczku. Znaleźli nas i wtedy dobroduszna Monika niemal siłą zapakowała nas do busa i nie pozwoliła jechać dalej. "Wiecie jakie tam sa podjazdy?" -powtarzała. Chłopcy zostali. Andrzej zabrał ich po upływie pół godziny.
Padnięci, niemal bez tchu wcisnęliśmy się do śpiworów.

Przejchane: 120km

29-07-2007


Dzień ten przeznaczyliśmy na odnowienie sił przed Wielką Brytanią. Czekała nas tylko przeprawa Eurotunelem do Dover o 18:00. Ekipy z Włocławka i Gniezna dotarły do Anglii dzien wcześniej, zostaliśmy więc sami z Kapslem i oczywiście Andrzejem i Moniką.
Po południu zwiedziliśmy Calais, zajrzeliśmy do francuskiej pizzerii uczac jednocześnie kelnera słowa "Dziękuję" i w końcu około 16:00 wyruszylismy w kierunku Eurotunelu. Niedokładne i pogmatwane oznaczenia na trasie wprowadziły wiele zamieszania. Najpierw wyjechaliśmy niemal na autostradę, potem trafilismy na postój dla TIRów. Gdy zbliżała się godzina 17:55 nadal nie mogliśmy znaleźć miejsca, w którym czekały na nas dwa busy z przyczepami na rowery. Marcel zadzwonił do kierowcy, a ten bez mniejszego namysłu zgodził się po nas przyjechać. Ufff... Odetchnęliśmy z ulgą. mało brakowało, a zostalibyśmy we Francji.
Na kolejne stresujące sytuacje nie trzeba było czekać długo. Pociąg, który mial nas zawieźć do Dover miał opóźnienie około półtorej godziny ze względu na brak prądu. Ostatecznie o 19:30 (18:30 tamtejszego czasu) ruszylismy w 45-minutową podróż.
Na miejscu, gdy wysiedliśmy z busów ujrzeliśmy... góry. Nikt z nas si.ę tego nie spodziewał. Znowu podjazdy? Tak - już pierwsze pół godziny do noclegu dało nam popalić. Camping był na szczycie góry, pod którą musielismy wprowadzić rowery. Dodatkową trudnością był ruch lewostronny, zwłaszcza poruszanie się po rondach.

P.S.Z pamiętnika Rzurafiów:

„Dobrze jest zakończyć swoją podróż do celu, ale w końcowym rozliczeniu to właśnie podróż ma znaczenie”
Ursula Le Guin

28-07-2007


Po jednym dniu spędzonym w Belgii wyruszamy w kierunku Francji. Nie jedziemy długo. Jeszcze przed południem naszym oczom ukazuje się niebieska tabliczka z napisem "France". Jakże różne są te kraje. Wystarczy przekroczyć magiczną linię i już widać inne domy, znaki, innych ludzi. Pierwszy postój w słynnym porcie Dunkierka. Nie mamy jednak czasu by zwiedzić miasto, ponieważ do Calais chcemy dotrzeć jeszcze przed nocą. Chcąc ominąć krajową trasę skręcamy w nieznaną drogę. Po obu stronach asfaltu - zboże. Nagle... tory kolejowe - 5 metrów w prawą i lewą stronę i... koniec. Zdziwieni jedziemy dalej. Dopiero na mapie na przystanku autobusowym w nieznanej nam miejscowości udaję się nam zlokalizować miejsce naszego pobytu. Niechcący nadrobiliśmy ponad 10km.
Po drodze do Calais poznajemy oblicze Francuzów. Owszem - bardzo mili i pomocni. Szkoda tylko, że tak nie lubią angielskiego i na pytanie zadane w tym języku odpowiadają po swojemu :)
Kilka kilometrów przed Calais samochód techniczny musi zabrać Olgę. Dokuczliwe kolano nie pozwala jej dalej jechać. Za to nam do Calais udaje się dojechać na rowerach. Miasto jest piękne. Dodatkowo nasz camping leży nad samym morzem. Widać statki i latarnie - niczym na wyciągnięcie ręki.
Przejechane: 95km

27-07-2007

Bodzio "nietoperek" - trochę ;) wiało podczas składania namiotów (ostatni nocleg w Holandii)

Zimny wietrzny poranek, pakowanie przyczepki, pożegnanie z Rzurafiami i znowu na rowery. Tym razem czekała nas Belgia. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy przekroczylismy granicę. Zorientowaliśmy się dopiero widzac inne domy, inne tabliczki ze ścieżkami rowerowymi i inne rejestracje. Długa droga wzdłuż wybrzeża nieco nas wycieńcza. Cały czas mamy pod wiatr.
Jest to jednak dzień pechowy - po upadku Karolci kilka godzin spędziliśmy pod szpitalem. Skończyło się na szczęście jedynie na kilku siniakach i zadrapaniach. Lekarz bardzo się zdziwił, że u nas w Polsce za usługi służby zdrowia się nie płaci. Podążaliśmy juz dalej bez naszej komendantki. Za to na ogromnym, wręcz kosmicznym campingu "Kompas" w Nieuwport czekał nas juz pyszny obiad w postaci skrzydełek z kurczaka i... ryżu ! (proszę nie regulować odbiorników - ryżu, nie makaronu!). Po chwili zawitał do nas też nowy samochód techniczny z Andrzejem i Moniką. Późnym wieczorem dojechała również Kasia ze Szczecina, której nieoficjalna ekipa rowerowa z wielu powodów musiała wrócić do Polski. Jednak dzielna dziewczyna piostanowiła się nie poddawać i dołączyła do nas.
Przejechane: 70km

26-07-2007

Przejechane: 75km
Wyjezdżamy z campingu w Zierikzee ponownie jakos pierwsi, choć ekipa z Włocławka próbowała wstać wcześniej :) . Trasę tego dnia rozpoczyna 10 kilometrowy most.Pogoda niezbyt sprzyja, silny wiatr znów utrudnia jazdę. Pod koniec- 15minutowa przeprawa promem. Wcześniej krótki postój na wodnym skrzyżowaniu :) tj. czerwone światło dla nas, złożony most i zielone światło dla statków, motorówek, kajaków itp. Ostatni odcinek do Cadzan-Bad, gdzie czekał nas nocleg, to wyścig z innymi ekipami. "Niemożliwe - Jaktorów nas wyprzedził!" :D
Niestety właściciel campingu w ogóle nie mówi po angielsku. Cóż, to ten z tych 20% którzy tego języka nie przyswoili. Za to okazuje się, że nieporadnie, ale mówi po polsku! Nocleg... w polu. Niemal w zbożu. Na campingu... stodoły itp, kombajny, ciągniki - agroturystyka? :)

25-07-2007

Przełom... wyszliśmy z zaklętego kręgu. Wstajemy o 5 rano i w końcu, ku zdziwieniu ekip z Włocławka i Gniezna jako pierwsi opuszczamy nadmorski camping w Hoak van Holland. RudA i RzuraF wyruszają na poszukiwanie lusterka a my z racji obecności Morza Północnego po prawej stronie w nieustającym wietrze rozpędzamy rumaki po holenderskich ścieżkach. Dojeżdżamy do przeprawy promowej i.... po tym krótkim odpoczynku rozpoczynamy najtrudniejszy tego dnia odcinek. Dwa mosty łączące holenderskie wyspy, brak osłony przed wiatrem. Ciągły szum morza i wiatr smagający twarze. Nagroda to niepowtarzalne krajobrazy. Udało się. Docieramy na camping w Zierikizee jako pierwsi. Lusterka nie udaje się znaleźć nawet w autoryzowanych salonach samochodowych. Pomaga nam właściciel campingu, którego teść jest optykiem i specjalnie do naszego samochodu docina lusterko. Wieczorem świętujemy osiemnaste urodziny Izy.

24-07-2007

Przejechane: 11km.

Zdjęcie wykonane przez Kapsla
Od samego rana pogoda coraz bardziej nas przygnębia: leje, wieje, wieje, leje i tak w kółko. Mokre rzeczy, nie mamy co na siebie włożyć. Część z nas ma gorączkę, część kłopoty z żołądkiem. Podejmujemy decyzję: Jedziemy pociągiem ;). Po godzinnym błądzeniu w Utrechcie znajdujemy stację kolejową. Wsiadamy w pociąg do Rotterdamu a potem do Hoek van Holland. Nad Morze Północne docieramy więc pociągiem. Odpoczywamy na plaży. Chwilę moczymy nogi w lodowatej wodzie, zbieramy muszelki. Gotujemy obiad, jak na morze przystało lekko za słony ;) Około 23:00 RudA i RzuraF orientują się, że to nie koniec nieprzyjemnych niespodzianek. Na parkingu campingowym ktoś zbija prawe usterko w naszym samochodzie wsparcia. Cóż, myśleliśmy, że Holandia bardziej przyjaźnie nas ugości.

23-07-2007

Mży, mży i jeszcze raz mży .... od samego rana. Nie chce nam się wsiadać na rowery. Jesteśmy twardzi więc szybko się zbieramy z campingu i po chwili po holenderskiej ścieżce rowerowej suną opony naszych pojazdów. Na licznikach mamy już 1000 km!!! Mżawka przeradza się w rzęsisty deszcz. W tej ulewie przejeżdżamy 70 km. Przemoczeni do suchej nitki, gdy liczniki wskazują 130km. zrobione tego dnia wjeżdżamy do Utrechtu. Dzięki pomocy Holendra, który prowadzi nas przez to miasto odnajdujemy camping. Obiad jemy w męskiej łazience, jedynym miejscu gdzie nie pada. Osuszeni podczas obiadu przekonujemy się, że nasze sakwy nie są wodoszczelne. Wszystkie rzeczy mamy mokre. Lekko podłamani kładziemy sie spać wcześniej łykając aspirynę, wspominając jednocześnie spotkanego tego dnia po drodze i widocznego na zdjęciu ogromnego buchaja.

22-07-2007


Dzień regeneracyjny. Dzięki Kapslowi a przede wszystkim jego GPS-owi bez zbędnych błądzeń szybciutko udało nam się pokonać 48 km. trasę. Do Vorden dotarliśmy wczesnym popołudniem. A tu: zebraliśmy brudne ubrania od 12 osób (nasza ekipa + Kapsel), uruchomiliśmy dwie ogromne pralki i poszliśmy na świetny plac zabaw. Mimo, że ciągle mżyło bawiliśmy się jak małe dzieci. Dziś również odpuściliśmy makaron na rzecz fast food'ów (hamburgery, frytki i cola). Czyli całkowicie jak dzieci stęsknione za niezdrowym jedzeniem. Kapsel chciał nam się odwdzięczyć za pomoc i spróbował przygotować dla nas naleśniki. Choć naleśniki przerodziły się w końcu w bliżej nie określoną potrawę (przypominającą omlet) zjedliśmy wszystko. Wcześnie położyliśmy się spać ....

21-07-2007

Dwie kulki lodów holenderskich !!!
Jedzie nam się tak dobrze po dość płaskim terenie, że choć wyjechaliśmy półtorej godziny po innych ekipach udało nam się (ku naszemu zdziwieniu!) wyprzedzić naszych współtowarzyszy. Ścigaliśmy się z kombajnem ;) i po południu opuscilismy Niemcy. Pierwszy mały cel został osiągnięty - pierwsza granica przekroczona. Holandia przywitała nas nadzwyczajnym spokojem i pięknem małych miasteczek. W Winterswijk, gdzie po pokonaniu 93 km. mieliśmy nocleg wybraliśmy się do centrum miasta, by uczcić dojazd do tego kraju pizzą i lodami. Po codziennym jedzeniu makaronu w różnych wersjach była to przyjemna odmiana.



20-07-2007


Dzień uznany za połowę całej Wyprawy Wędrowniczej (samej jazdy rowerami). Dzień dla nas szczególny bo w końcu opuściliśmy góry Harz. Uff.... Zaprawieni w boju po ciężkich podjazdach z łatwością pokonaliśmy dystans 82 km po płaskim terenie. Nawet burza, która spotkała nas po drodze nie zdołała ostudzić naszego zapału. Zbliżamy się do Holandii - został nam jeszcze tylko jeden dzień w Niemczech.